W Intercambiador de Moncloa znalazlam sie wtedy poraz ostatni. Poraz ostatni rowniez zegnal mnie luk triumfalny na Moncloa, nad ktorym to nieraz tak sie rozplywalam, robiac mu miliard zdjec o roznych porach dnia i nocy. Stal sie on bowiem dla mnie pewnym symbolem Madrytu, wolnosci, szczescia. Symbolem tego przyjemnego uczucia, towarzyszacemu swiadomosci, ze w tej chwili moje zycie lezy w moich rekach, a swiat stoi otworem.
Od razu po przyjezdzie popedzilam na metro, usiadlam przed bramkami, na swoich dwoch walizkach i czekalam na Pauline, z ktora tez mialam sie widziec poraz ostatni. Tego dnia miala wyjechac do swojego chlopaka, na polnoc i szczesliwie udalo nam sie tak zegrac czas, aby zobaczyc sie choc na pol godziny. Siedzac tam, nie dowierzalam temu wszystkiemu co sie wlasnie dzieje. Mialam ja widziec ostatni raz, wszystko po malu dobiegalo konca. Sytuacja nabrala tak patetycznego charakteru, ze czy chcialam czy nie, na sam widok Pauliny polecialy mi lzy, duuuzo lez. Haha. Nie lubie sie rozstawac, nie cierpie sie rozstawac. Zwlaszcza z ludzmi, ktorzy na prawde duzo dla mnie znacza. Ktorzy potrafia sie z Toba smiac, obzerac do nieprzytomnosci, imprezowac aż do rana, a pozniej leczyc wspolnie kaca, robic nic, albo porzadnie opieprzyc jak jest taka potrzeba, oraz pomoc, nawet jak o pomoc nie prosisz..
Kochana, chyba napisze do Ciebie odę. :)
W kazdym badz razie, po zlapaniu przez kazda z nas dwóch roznych lini metra, udalam sie na Puerta del Sol, gdzie zaczelam swoje przez kilka godzin trwajace koczownicze zycie. :P
Siedzac na fontannie z walizami mymi, poznalam pana Hamerykana, ktory wzial mnie za rowniez Hamerykanke i opowiadal o swojej pasji uczenia kobiet gry w szachy. Pozniej, doczekalam sie swojego mezczyzny, ktory zabral moje walizki, coby je przechowac w swoim miejscu pracy. Spotkalam kilka innych osob, odwiedzilam kilka sklepow i miejsc, spotkalam Marlene (moja wybawczynie od mieszkania), ktora zas wyslala mnie z jednym fly'ersem do klubu, abym sie troche rozluznila i pobawila, czekajac az ona skonczy prace. W konsekwencji czego, trafilam do klubu, w ktorym barman nie przestawal mi dolewac Sangrii i gdzie poznalam kolejnych rownie intrygujacych Amerykanow, z ktorymi przegadalam jeszcze troche swojego nadmiaru wolnego czasu. Taki, spokojny podwieczor koczownika. :) Po polnocy Marlena skonczyla prace, zabralysmy moje walizki i ruszylysmy przez Sol, na Calle Moreno Nieto, gdzie mialam mieszkac przez nastepne 4 dni.
Jak sie okazalo, w mieszkaniu przywitala nas irlandzko-hiszpanska impreza, na czele z moimi nowymi wspollokatorami - irlandka Alison i hiszpanem Jorge. Ludzie przesympatyczni, do rany przyloz, a mieszkanie wielkie i naprawde ladne.
Okolo 2, czy 3, prznieslismy sie do klubow, zeby potanczyc i pobawic do samego rana. :)
Mieszajac tam, spedzilam na prawde fantastyczny czas. W istocie odpoczelam maksymalnie. I robilam dokladnie to, czego w tych ostatnich dniach bylo mi potrzeba.
Wracajac do hostow, bo mimo iz sie wyprowadzilam, nadal mialam z nimi kontakt, powiem tak:
Od Oscara dostalam smsa, w ktorym napisal, iz wie, ze spedzilam najlepsze wakacje w calym swoim zyciu, ze mowi mi goodbye i ze dziekuje, ze przyjechalam. Milo, ze podziekowal, ale hm.. czy ten czlowiek nie cierpi na jakis syndrom bycia Bogiem? To byla pierwsza mysl jaka mi przeszla przez glowe. Jest tak pewny, ze dal mi sama nie wiem co, i ze to wszystko, ze spedzilam udane wakacje, zawdzieczam tylko jemu.. W dalszym ciagu nie chcialam byc niemila, wiec nie odpisalam nic, bo i tez nie wiedzialam co.
Poniedzialek okazal sie dosyc stresowym dniem. Sofia miala do mnie zadzwonic z informacja, co robimy ze szpitalem. Niestety telefonu od niej sie nie doczekalam. W pewnym momencie ja zaczelam wydzwaniac, bo jesli mialam to zalatwic sama, to musialam tam pojechac jeszcze tego samego dnia, bo nastepnego przeciez odlatywalam. Dzwonilam wiec, dzwonilam, ale nikt nie odbieral. Raz bylo zajete, raz telefon wylaczony, a raz cisza. W koncu okolo 20, zdecydowalam sie zadzwonic do hosta, ktory rowniez nie odebral telefonu, ale w koncu mi napisal smsa, ze oddzwoni pozniej. Poprosilam, aby zrobil to ja najpredzej bedzie mogl, bo musze zalatwic ta sprawe ze szpitalem, oraz odzyskac jeszcze przed wyjazdem swoja karte ubezpieczenia. Na to, dostalam powalajaca odpowiedz: (tu fragment) "I thought you call say goodbye, not just for your interest." No wiecie co, wkurzylam sie i poraz pierwszy odpowiedzialam niemilo, ale szczerze, mowiac, ze ja sadzilam, iz on mi powie goodbye, kiedy jeszcze bylam w domu, a nie przez telefon. Nie wiem czy dobrze zrobilam, ale w tej chwili to juz nie mialo dla mnie znaczenia.
Po swojej lekcji golfa oddzwonil (bylo juz okolo 22) i powiedzial, ze do szpitala w razie jak jeszcze raz sie upomna, moge wyslac kopie faxem czy emailem, a ze karty nie moze mi przywiezc, bo nie bedzie to dla niego wygodne, i jesli chce, to nie jest problem, karta lezy w kuchni na blacie.
Szczesliwie, przyjaciel z Villafranca okazal sie tak wspanialy, ze nastepnego dnia rano odebral ta karte i przywiozl mi do centrum, jadac na zajecia. Co doceniam niesamowicie.
Niestety, host rowniez nie wywiazal sie z obietnicy, i zamiast w sobote, kilka dni po moim przyjezdzie, to juz z srode zablokowal moj hiszpanski numer telefonu (bo byl on na jego nazwisko i mogl zrobic co mu sie podobalo). Nie bylo to fair, gdyz wiedzial, ze zalezalo mi, aby jeszcze kilka dni go miec. Ale trudno, koniec, to tyle jesli o nich mowa.
Jesli wrocic do ostatnich moich dni w Madrycie i tego, co podczas nich robilam, to powiem wam, ze ku mojemu zdumieniu, nie polegalo to na lataniu i chlonieciu wszystkiego poraz ostatni. Poza wspomnianymi wyzej kilkoma stresowymi sytuacjami, byl to bardzo spokojny czas. Nie mialam w sobie szalonego pragnienia odwiedzenia wszystkich miejsc, w ktorych przezylam rozne niesamowite rzeczy, jeszcze raz. Nie wiem, czy do konca zrozumiecie, co mam na mysli. Ale zalezalo mi, aby wspomnienia dotyczace danych miejsc, pozostaly takie, jakie dotychczas mialam w glowie, pelne emocji, uczuc, ktore towarzyszyly mi wowczas, kiedy tam przebywalam. Poza tym, pozostawiony niedosyt i brak oficjalnego pozegnania sprawia, ze nie mam wyjscia i muszę tam wrocic. :)
A wiec, w przeciagu tych ostatnich dni, na przemian: imprezowalam, spalam, robilam cos w mieszkaniu, spedzalam czas ze wspollokatorami, poznajac dotad nieznana mi czesc Madrytu. I jak mozna sie domyslec, sporo czasu spedzalam wraz ze swoim lubym, cieszac sie (i smucac jednoczesnie) ostatnimi dniami, i zwazajac na tryb zycia w Madrycie - nocami, razem. Wlasnie to wszystko, strasznie mi bylo potrzebne na sam koniec.
Jednego wieczoru, nie mialam w planach wychodzenia na impreze, wiec mimo, iz bylam kompletnie wykonczona, dalam sie namowic Alison na spacer do znajdujacego sie w poblizu naszego mieszkania, parku. Oczywiscie, sila rzeczy, zrobilismy troche zdjec, pokażę wam kilka z nich:
We wtorek, spakowałam walizki, opuściłam mieszkanie, i ruszyłam na Puerta del Sol, aby ostatnie chwile, przed wyprawą na lotnisko spędzic u boku męzczyzny, którego wcale nie wyobrażałam sobie opuszczać. Niestety, nie mógł wziać wolnego, aby mnie odwieźć na lotnisko (teraz myślę, że może nawet lepiej), w związku z czym, postanowiłam, że całą drogę na lotnisko w Barajas przeprawię się sama.
W ostatniej chwili, zrobiłam kilka zdjęć uliczki na której sie znajdowałam:
Po czym, ze lzami w oczach i walizką w rece, wsiadłam w metro, które mialo mnie zawieźć na największe w Hiszpanii lotnisko: Madryt-Barajas, po to, aby poraz ostatni powiedzieć Madrytowi:
Kochana, chyba napisze do Ciebie odę. :)
W kazdym badz razie, po zlapaniu przez kazda z nas dwóch roznych lini metra, udalam sie na Puerta del Sol, gdzie zaczelam swoje przez kilka godzin trwajace koczownicze zycie. :P
Siedzac na fontannie z walizami mymi, poznalam pana Hamerykana, ktory wzial mnie za rowniez Hamerykanke i opowiadal o swojej pasji uczenia kobiet gry w szachy. Pozniej, doczekalam sie swojego mezczyzny, ktory zabral moje walizki, coby je przechowac w swoim miejscu pracy. Spotkalam kilka innych osob, odwiedzilam kilka sklepow i miejsc, spotkalam Marlene (moja wybawczynie od mieszkania), ktora zas wyslala mnie z jednym fly'ersem do klubu, abym sie troche rozluznila i pobawila, czekajac az ona skonczy prace. W konsekwencji czego, trafilam do klubu, w ktorym barman nie przestawal mi dolewac Sangrii i gdzie poznalam kolejnych rownie intrygujacych Amerykanow, z ktorymi przegadalam jeszcze troche swojego nadmiaru wolnego czasu. Taki, spokojny podwieczor koczownika. :) Po polnocy Marlena skonczyla prace, zabralysmy moje walizki i ruszylysmy przez Sol, na Calle Moreno Nieto, gdzie mialam mieszkac przez nastepne 4 dni.
Jak sie okazalo, w mieszkaniu przywitala nas irlandzko-hiszpanska impreza, na czele z moimi nowymi wspollokatorami - irlandka Alison i hiszpanem Jorge. Ludzie przesympatyczni, do rany przyloz, a mieszkanie wielkie i naprawde ladne.
Okolo 2, czy 3, prznieslismy sie do klubow, zeby potanczyc i pobawic do samego rana. :)
To fragment mojej drogi do mieszania na Calle Moreno Nieto:
![]() |
a to sam budynek |
Wracajac do hostow, bo mimo iz sie wyprowadzilam, nadal mialam z nimi kontakt, powiem tak:
Od Oscara dostalam smsa, w ktorym napisal, iz wie, ze spedzilam najlepsze wakacje w calym swoim zyciu, ze mowi mi goodbye i ze dziekuje, ze przyjechalam. Milo, ze podziekowal, ale hm.. czy ten czlowiek nie cierpi na jakis syndrom bycia Bogiem? To byla pierwsza mysl jaka mi przeszla przez glowe. Jest tak pewny, ze dal mi sama nie wiem co, i ze to wszystko, ze spedzilam udane wakacje, zawdzieczam tylko jemu.. W dalszym ciagu nie chcialam byc niemila, wiec nie odpisalam nic, bo i tez nie wiedzialam co.
Poniedzialek okazal sie dosyc stresowym dniem. Sofia miala do mnie zadzwonic z informacja, co robimy ze szpitalem. Niestety telefonu od niej sie nie doczekalam. W pewnym momencie ja zaczelam wydzwaniac, bo jesli mialam to zalatwic sama, to musialam tam pojechac jeszcze tego samego dnia, bo nastepnego przeciez odlatywalam. Dzwonilam wiec, dzwonilam, ale nikt nie odbieral. Raz bylo zajete, raz telefon wylaczony, a raz cisza. W koncu okolo 20, zdecydowalam sie zadzwonic do hosta, ktory rowniez nie odebral telefonu, ale w koncu mi napisal smsa, ze oddzwoni pozniej. Poprosilam, aby zrobil to ja najpredzej bedzie mogl, bo musze zalatwic ta sprawe ze szpitalem, oraz odzyskac jeszcze przed wyjazdem swoja karte ubezpieczenia. Na to, dostalam powalajaca odpowiedz: (tu fragment) "I thought you call say goodbye, not just for your interest." No wiecie co, wkurzylam sie i poraz pierwszy odpowiedzialam niemilo, ale szczerze, mowiac, ze ja sadzilam, iz on mi powie goodbye, kiedy jeszcze bylam w domu, a nie przez telefon. Nie wiem czy dobrze zrobilam, ale w tej chwili to juz nie mialo dla mnie znaczenia.
Po swojej lekcji golfa oddzwonil (bylo juz okolo 22) i powiedzial, ze do szpitala w razie jak jeszcze raz sie upomna, moge wyslac kopie faxem czy emailem, a ze karty nie moze mi przywiezc, bo nie bedzie to dla niego wygodne, i jesli chce, to nie jest problem, karta lezy w kuchni na blacie.
Szczesliwie, przyjaciel z Villafranca okazal sie tak wspanialy, ze nastepnego dnia rano odebral ta karte i przywiozl mi do centrum, jadac na zajecia. Co doceniam niesamowicie.
Niestety, host rowniez nie wywiazal sie z obietnicy, i zamiast w sobote, kilka dni po moim przyjezdzie, to juz z srode zablokowal moj hiszpanski numer telefonu (bo byl on na jego nazwisko i mogl zrobic co mu sie podobalo). Nie bylo to fair, gdyz wiedzial, ze zalezalo mi, aby jeszcze kilka dni go miec. Ale trudno, koniec, to tyle jesli o nich mowa.
Jesli wrocic do ostatnich moich dni w Madrycie i tego, co podczas nich robilam, to powiem wam, ze ku mojemu zdumieniu, nie polegalo to na lataniu i chlonieciu wszystkiego poraz ostatni. Poza wspomnianymi wyzej kilkoma stresowymi sytuacjami, byl to bardzo spokojny czas. Nie mialam w sobie szalonego pragnienia odwiedzenia wszystkich miejsc, w ktorych przezylam rozne niesamowite rzeczy, jeszcze raz. Nie wiem, czy do konca zrozumiecie, co mam na mysli. Ale zalezalo mi, aby wspomnienia dotyczace danych miejsc, pozostaly takie, jakie dotychczas mialam w glowie, pelne emocji, uczuc, ktore towarzyszyly mi wowczas, kiedy tam przebywalam. Poza tym, pozostawiony niedosyt i brak oficjalnego pozegnania sprawia, ze nie mam wyjscia i muszę tam wrocic. :)
A wiec, w przeciagu tych ostatnich dni, na przemian: imprezowalam, spalam, robilam cos w mieszkaniu, spedzalam czas ze wspollokatorami, poznajac dotad nieznana mi czesc Madrytu. I jak mozna sie domyslec, sporo czasu spedzalam wraz ze swoim lubym, cieszac sie (i smucac jednoczesnie) ostatnimi dniami, i zwazajac na tryb zycia w Madrycie - nocami, razem. Wlasnie to wszystko, strasznie mi bylo potrzebne na sam koniec.
Jednego wieczoru, nie mialam w planach wychodzenia na impreze, wiec mimo, iz bylam kompletnie wykonczona, dalam sie namowic Alison na spacer do znajdujacego sie w poblizu naszego mieszkania, parku. Oczywiscie, sila rzeczy, zrobilismy troche zdjec, pokażę wam kilka z nich:
![]() |
Jorge i Alison. |
![]() |
Ali i ja. |
![]() |
Od poczatku zastanawia mnie, na co sie tak gapie. :P |
![]() |
Z Jorge. |
![]() |
Coś ślicznego, i ja po prawej. :) |
W ostatniej chwili, zrobiłam kilka zdjęć uliczki na której sie znajdowałam:
(Tak wyglądają typowe bary, puby od zewnatrz:)
![]() |
Sławetny i ulubiony Irish Pub - Fontana de Oro |
Po czym, ze lzami w oczach i walizką w rece, wsiadłam w metro, które mialo mnie zawieźć na największe w Hiszpanii lotnisko: Madryt-Barajas, po to, aby poraz ostatni powiedzieć Madrytowi:
SEE YOU SOON!